poniedziałek, 2 listopada 2009

Windows 7 kamieniem milowym. Akurat.

Na sieciowej ekonomii "Rzeczpospolitej" wisi mój tekst o Windows 7, którego (tydzień po premierze sklepowej!) używa 1,5 proc. internautów wyłapanych przez Gemius Ranking.

Cóż, pożyjemy zobaczymy, tym bardziej, że z programu rozdawania darmowych wersji beta Windows 7 skorzystały miliony osób. Bety przestaną działać w marcu.
Sam używam Windows 7, i mimo że działa ok i spełnia swoją rolę, jestem zadowolony co najmniej średnio. Pomijam nawet szczegóły, takie jak graficzna powłoka. Może się podobać lub nie - kwestia gustu. Niestety, zwolennicy prostoty, którzy chcą np. korzystać ze skórki upodabniającej W7 do klasycznego windowsa, muszą poświęcić funkcjonalność. Struktura Panelu Sterowania zupełnie niejasna, ciągle dziwaczne komunikaty o błędach, działająca kiedy chce i jak chce (do tego powoli) aplikacja do tworzenia kopii zapasowej komputera.

Przede wszystkim, to wciąż stary, oparty na zaprojektowanych za 25 lat temu rozwiązaniach Windows. Z rejestrem, który puchnie w miarę instalowania kolejnych aplikacji, z niedoskonałymi mechanizmami usuwania programów, z fragmentacją plików, z marnymi (mimo sprzętu spełniającego wymagania z górką) szybkościami kopiowania plików, otwierania aplikacji, z marnym zarządzaniem energią z baterii, etc.

Dlatego słowa Michaela Della ("pokochacie znów swój PC") czy szefa Maxthona (że Windows 7 to kamień milowy w rozwoju systemów operacyjnych), które cytuję w tekście, należy między bajki włożyć.

Windows jako produkt powoli zbliża się do ściany. Sprzedanie następnej jego wersji, kiedy już się pojawi, będzie marketingowym majstersztykiem, bo po słabym Vista wszystko co działa ok, wydaje się krokiem naprzód. Wygląda jednak na to, że strategią sprzedażową Microsoftu za kilka lat może być już tylko zmuszanie użytkowników do kupowania nowszych wersji przez wycofywanie wsparcia dla starszych wersji Windowsów. Co zresztą już się dzieje.

wtorek, 27 października 2009

Piracić muzykę jest łatwo, kupować legalną w sieci - trudno

Kilka dni temu miałem wpaść do klubu Chłodna 25 w Warszawie, by przysłuchać się debacie o piractwie muzycznym w Polsce. W ostatniej chwili wypadło mi w pracy coś ważnego i nie dotarłem, ale wygląda na to, że niewiele straciłem.
Dziś przeczytałem, że głównym wnioskiem z debaty jest „trzeba edukować od małego”, a Kazik z Hirkiem Wroną udowadniają, że ściąganie jest naganne moralnie. Jednak tak długo jak oni i podobni przeciwnicy pirackiej muzyki i wszelkiej zawartości będą odwoływać się tylko do sumień, ich argumenty są wołaniem na puszczy.

Ściągnięcie czegokolwiek nielegalnie z sieci przez sieci p2p, jest kilka razy łatwiejsze niż legalne kupienie tej samej rzeczy. Kupienie w Polsce legalnej piosenki w sieci w serwisach takich jak Muzodajnia to koszmarna droga długotrwałego rejestrowania, klikania, autoryzowania. Tymczasem wrzucając np. na Pirate Bay tytuł płyty np. Sufjana Stevensa, mam do wyboru kilkadziesiąt plików, które za kilkadziesiąt minut mogą być u mnie na komputerze. Naprawdę, nie miałbym nic przeciwko temu, by ktoś po drodze ściągnął z mojej karty pieniądze za muzykę. Niech to będą nawet ceny rodem z iTunes, które niskie nie są, ale przynajmniej wybór jest wielki. Tymczasem w Merlinie „The Avalanche” Stevensa kosztuje prawie 60 zł. W iTunes – 10 dol. Jednak polskiej wersji iTunes czy Amazon nie ma i jeszcze długo nie będzie.
Zatem niech koncerny muzyczne przestaną ściemniać, bo póki co płaczą nad stratami, jakie powoduje piractwo w Polsce (ponad 500 mln dol. w 2008 r.) – ale mimo to nie opłaca im się zaproponować polskim klientom sensownej alternatywy, przez co miłośnicy legalnej muzyki z sieci są skazani na lokalne protezy i wybór między Stachurskim a Dodą.

niedziela, 27 września 2009

Społeczności a wielki biznes

Na portalu Rp.pl wisi mój tekst o roli społeczności internetowych w strategiach marketingowych dużego biznesu. Jak zwykle w przypadku tak złożonych zjawisk to zaledwie liźniecie tematu.

Niezaprzeczalnym faktem jest, że społeczności w sieci, z milionami ludzi udostępniającymi dane o sobie, dyskutującymi czego używają, jaką muzykę lubią i na jakie firmy chodzą, to kopalnia wiedzy dla branży marketingu i reklamy. Oczywiście wykorzystanie tej wiedzy w sposób taki, by nie naruszać prywatności ludzi przy jednoczesnym uniknięciu sytuacji, że przygnieceni np. reklamą użytkownicy poczują się jak marketingowe mięso armatnie i odwrócą się od serwisu - to wielkie wyzwanie. Ciekawe, jak te zjawiska utrą się w ciągu kilku najbliższych lat.
Zapraszam do lektury.

środa, 23 września 2009

Microsoft Courier wygląda obiecująco

Miałem nie pisać o gadżetach, ale zdecydowałem że czasem zrobię wyjątek dla naprawdę fajnych pomysłów.

Na Gizmodo pojawiły się zdjęcia/rysunki Courier (wideo tutaj) prototypowego tabletu od Microsoftu. Pomijając szczegóły techniczne, to coś jako pierwsze przypomina formą i sposobem korzystania tradycyjny papierowy notes, zeszyt, czy do czego kto się przyzwyczaił. Słowem innowacyjna technologia zaimplementowana w sposób nie wymagający (przynajmniej teoretycznie) zmiany przyzwyczajeń przez osoby oswojone z papierem i ołówkiem.



Oczywiście diabeł tkwi w szczegółach, czyli np. trwałości baterii, rodzaju zastosowanego ekranu dotykowego, czy - przede wszystkim - w software i sposobie zaprojektowania interfejsu użytkownika - jego prostocie i reagowaniu na pióro. Czy będzie można swobodnie pisać, kreślić, mazać, tak jak na papierze? Jeśli tak, a do tego w Courierze znajdą się niezłe baterie i łączność mobilna (może operatorzy komórkowi mogliby wciągnąć go do swojej oferty?), to może to być to naprawdę innowacyjne urządzenie.

Wideo wygląda dość obiecująco, choć nie wiem, czy nie jest to wszystko trochę zbyt skomplikowane. Takie rzeczy powinny być zrozumiałe bez słownych objaśnień. Hm.

PS. Dobrze ktoś w koemntarzach na Gizmodo zauważył, że kolejna, nowsza wersja Couriera powinna nazywać się Courier New. Kultowo :).

PS2. A może to czysty marketing, na zasadzie "hej, też potrafimy zrobić sexy urządzenie", a Couriera się nie doczekamy, a pomysł będzie kolejnym abandonware Microsoftu?

Trele - Delle

Dell może dostać 52,7 mln euro pomocy publicznej od polskiego rządu, a rozbudowa fabryki pod Łodzią może ruszać – zdecydowała dziś Komisja Europejska.

Cieszę się, bo Dell zapowiedział, że dzięki inwestycji powstanie ok. 3 tys. nowych miejsc pracy. Nawet jeśli będzie ich o połowę mniej, też będzie ok.

Nie mogę się powstrzymać od kilku ogólniejszych refleksji, które przyszły mi do głowy jako użytkownikowi komputerów tej marki od kilku lat. Myślę, że ciekawsze wizerunkowo efekty mogłoby firmie przynieść nie zwiększenie mocy produkcyjnych (chyba chcą odzyskać pozycję światowego lidera, zajętą od jakiegoś czasu przez HP), a poprawa jakości i obsługi klienta.

Zeszłoroczne uruchomienie długo oczekiwanej konsumenckiej sprzedaży Dell w Polsce tylko przez chwilę było fajną wiadomością. Potem okazało się, że konsultanci obsługujący klientów indywidualnych siedzą na Słowacji, stopień znajomości polskiego sprawa, że załatwienie czegokolwiek z nimi jest, hm, mocno utrudnione. Nie wspominając o gehennie samego wdzwonienia się, które – zdarzyło mi się kilka razy – może zabrać ponad godzinę. Jak widać, Dell w Polsce i naszym regionie czerpie z najlepszych praktyk w USA.

Dodatkowo, prawdziwym kuriozum jest nastawienie konsultantów i ich szefów (tych w Polsce). Kiedy na matrycy mojego, objętego gwarancją komputera, pojawiła się brzydka krecha (problem hardware’owy), Dell wymienił ekran. Ok. Kiedy problem powrócił po kilku tygodniach, Dell odmówił naprawy, uzasadniając, że mój problem jest „kosmetyczny”. Ciekawe, jaka jest definicja tego określenia. Może mam pecha, że krecha jest u góry ekranu. Prawdopodobnie gdyby biegła przez jego środek, problem nie zostałby uznany za „kosmetyczny”. A np. że menu pakietu Office 2007 przebiega dokładnie w miejscu uszkodzenia? Cóż. „Kosmetyka”.

Całe szczęście, że pomny problemów Della z jakością zdecydowałem się na pakiet obejmujący naprawy nawet uszkodzeń, które powstały z mojej winy. Dzięki temu totalna ziobryzacja laptopa przed upływem trzyletniej gwarancji jest ciekawą opcją do rozważenia. W praktyce oznacza dwa komputery w cenie jednego.

niedziela, 20 września 2009

The Woz: nie pakuj się na cudzy rynek, jeśli nie umiesz zaproponować lepszego produktu

Wklejam wywiad ze Stevem Wozniakiem, przeprowadzony w piątek wieczorem, który ukaże się w poniedziałkowej "Rzeczpospolitej".



Czy Apple jest jeszcze firmą komputerową? Czasami zdaje się, że zajmuje się już tylko gadżetami.

Firmy komputerowe zupełnie się zmieniły. Apple nie jest firmą taką jak np. HP, który produkuje sprzęt, czy Microsoft, który zajmuje się głównie oprogramowanie. My tworzymy oba. Oczywiście, to czym jest komputer, definiuje głównie oprogramowanie. Oczywiście liczy się także styl i satysfakcja użytkownika. Klienci bowiem zwracają się ku rozwiązaniom łatwym w obsłudze. Weźmy na przykład muzykę. Cała lata używano płyt analogowych, kompaktów, dyskutowano o jakości dźwięku. Wszystko zmieniły jednak odtwarzacze mp3, mimo że początkowo dźwięk słabej jakości. Były wygodniejsze w użyciu niż cokolwiek innego. Ludzie myślą obrazami, a obrazy komunikują emocje. Dlatego ważny jest wygląd produktu i skojarzenia, jakie budzi.

Dziś większość użytkowników nie potrzebuje już szybszych komputerów i pojemniejszych dysków. Czy zatem to wygląd i design są przyszłością technologii?

Tak. Zmierzamy w nowych kierunkach, które wyznaczają technologie mobilne i masowe społeczności. Dlatego tak ważne jest, by nowe produkty były łatwe w użyciu, by mógł je zrozumieć przeciętny użytkownik. W końcu chodzi o to, by ludzie używali technologii i ułatwili sobie życie dzięki nim. Niekoniecznie muszą wiedzieć w szczegółach, jak to działa.

W takim razie czy gdyby dziś miał pan znów 20 lat i zakładał firmę komputerową, postawiłby pan właśnie na łatwość obsługi? A może na coś innego?

Zastanowiłbym się, nad czym ludzie spędzają dziś najwięcej czasu. Pomyślałbym nad sposobami komunikacji z przyjaciółmi, korzystania z rozrywki i dzielenia się np. zdjęciami. Chciałbym zaprojektować rozwiązanie, w których by zrobić to wszystko, nie będę potrzebował tej całej złożonej struktury: oddzielnych programów czy przeglądarki internetowej. Np. pulpit komputera byłby sam w sobie przeglądarką internetową.

Mówi pan o jakimś konkretnym projekcie?

Niezupełnie. Jednak takie pomysły próbuje wprowadzać w życie np. serwis ThisMoment.com.

App Store, sklep z programami na iPhone, okazał się gigantycznym sukcesem i dzięki efektowi skali pokazał, że całkiem złożone programy mogą kosztować najwyżej kilka dolarów.

Kiedy App Store startował, sądziłem, że będą w nim głównie produkty słabej jakości. Gry i programy, których nikt nie potrzebuje. Jest odwrotnie. Mam ok. 100 programów w moim iPhone i prawie każdy z nich jest naprawdę przydatny. Np. iTip podpowie mi, kiedy wkrótce będę w Polsce, jaki napiwek powinienem dać kelnerowi. Nie sądzę jednak, by ceny oprogramowania zmierzały nieubłaganie do zera. Wierzę raczej w bardzo niskie ceny, wspierane przez przychód z reklam. Tak naprawdę nie ma nic za darmo.

Teraz swoje sklepy z aplikacjami ma Nokia, Samsung i inni. Czemu w branży technologicznej tak wiele firm stara się naśladować cudzy sukces?

To wynik zbyt szybkiego myślenia, za prędko wyciągniętych wniosków i pochopnych decyzji. Weźmy np. sklep z aplikacjami Nokii. Czy gdyby go nie uruchomili, to firma by ucierpiała? Nie sądzę. Sądzę, że czasem trzeba odpuścić pewne rynki czy produkty i skupić się na tym, co wykonuje się najlepiej. Słowem, nie pakuj się w nowy rynek, chyba że potrafisz zaproponować produkt znacznie lepszy niż konkurencja, a nie tylko podobny. Podążanie za innymi oznacza, że twój produkt będzie mniej popularny, droższy, mniej efektywny.

W Polsce będzie pan mówił m.in. o innowacjach. Co je wyzwala? Kultura? Edukacja? Rynkowy popyt?

Z pewnością edukacja. Najbardziej ta, która następuje przypadkowo, mimochodem. Zwykła edukacja działa bowiem według schematu „uczniu, to jest kawałek wiedzy. Stosuje sięgo tak i tak, przyda się do tego i tego”. Miliony osób uczą się tego samego. Innowacja rodzi się, gdy ktoś pójdzie swoją ścieżką – bo coś zwróciło jego uwagę, pojawiła się jakaś pasja, pomysł czy potrzeba, np. napisania programu komputerowego, którego jeszcze nie ma. Innowacja jest ważna, bo oznacza oszczędność. Wymyślając coś nowego zazwyczaj tworzymy nowe sposoby robienia tego, co dawniej, ale łatwiej, krócej, szybciej, taniej.

Jakie są słabe strony Apple?

Produkty Apple są bardzo zamknięte. Firma nie zostawia daje swobody ich modyfikowania, ogranicza sposoby ich wykorzystania. Np. czemu w iPhone nie mogę zmienić przeglądarki internetowej? Zamykanie się to marnowanie potencjału mnóstwa kreatywnych ludzi, którzy, gdyby tylko dać im okazję, modyfikując nasze produkty, wpadliby na pomysły, o których firmie się nie śniło. Jednak Steve Jobs nie lubi, kiedy poruszam z nim te tematy (śmiech). Mimo tych ograniczeń, myślę, że firma ma dobrego nosa do wyczuwania, w jaki sposób użytkownicy chcą korzystać z jej produktów.

A propos Steve’a Jobs’a. To symbol Apple, jednoosobowy gwarant sukcesu firmy. Jednak kiedy ostatnio przez pół roku nie było go w firmie, nic strasznego się nie stało.

Dlatego, że w tak krótkiej perspektywie nie da się zauważyć wpływu nieobecności. Wielkie firmy, takie jak Apple, mają wielką inercję, nie zmieniają się szybko. Nawet jeśli Steve Jobs by zniknął, minąłby rok, może dwa lata, zanim w firmie zaszłyby zmiany.

czwartek, 10 września 2009

Nie wierz reklamie, zapal skręta

Dwie ciekawe konkluzje z badania Ericsson Consumer Lab, zajmującego się zachowaniami polskich (i nie tylko) konsumentów na rynku telekomunikacyjnym.


Po pierwsze, poproszeni o wskazanie cech, które najlepiej opisują idealnego usługodawcę / operatora, Polacy na ostatnich miejscach wymienili te cechy, które firmy lubią eksponować w swoich reklamach: młodzieńczy (14 proc. wskazań), zadowolony z życia (17 proc.), zabawny (17 proc.), o wysokim statusie (też 17), czy modny (20 proc.). Wbrew kampaniom marketingowym na czele najbardziej pożądanych cech znalazły się: rzetelność (60 proc.), odpowiedzialność (48), „przyjazny” czy „pomocny”(po 45).



Po drugie, poczucie humoru Ericssona jest zastanwiające. W materiałach prasowych przemycono tu i tam ludzika, który miał pewnie rozmiękczać kartki pełne tabel i wykresów. Jednak dlaczego dzieciaki w tej rysunkowej polskiej rodzinie mają w ręku cygara/jointy? Szablon prezentacji zrobiono w Holandi? Hm.














Zainteresowanych szczegółami Ericsson Consumer Lab odsyłam do nowego seriwsu o telekomunikacji, który właśnie się rozkręca i zaczyna nabierać rozpędu.